Świat opanowała epidemia otyłości. Na chorobę tę cierpi już 500 mln dorosłych. Badacze twierdzą, że jedną z podstawowych przyczyn takiej sytuacji jest zwiększenie porcji oferowanych posiłków. 2 litry słodzonego napoju gazowanego to 50 łyżeczek cukru. Sprytni marketingowcy przekonali nas, że więcej znaczy lepiej.

Żyjemy w świecie przesady, gdzie dużo znaczy dobrze a okazja znaczy jeszcze więcej. W jednym z brytyjskich bistro „Jesters Diner” można zjeść największe śniadanie na wyspach. W menu znajdziemy pozycję „KIDZ Breakfast”. Ta porcja waży około 4 kg i w jej skład wchodzi: 8 omletów ziemniaczano – serowych, 12 kiełbasek, 12 plastrów bekonu, pieczarki, ziemniaki, placki ziemniaczane, fasola, 4 grzanki, 4 tosty, 4 kromki z masłem, jajka, pomidory i to wszystko na jednym talerzu, w cenie 15 funtów. Dodatkowo, kto zje 4 kilogramy tej wspaniałej porcji śniadaniowej w ciągu godziny – nie płaci! Taki zestaw nie miałby racji bytu kilka lat temu a dzisiaj wpisuje się w amerykański styl jedzenia, który pokochało 500 mln ludzi na świecie. Dziś jedzenie jest dostępne w dzień i w nocy. Codziennie. W każdym miejscu. Nadmierna konsumpcja powoduje choroby serca i cukrzycę jednak wielu z nas nie zdaje sobie sprawy z ryzyka związanego z przejedzeniem.

Kiedy zaczęliśmy się przejadać i kto stoi za powiększeniem porcji?

facebook-32x32 Odpowiedź znajdziemy w Stanach Zjednoczonych. To tam urodził się pomysł zwiększenia porcji. Dokładnie w Chicago, a zaczęło się w…kinie. Od zwiększenia porcji popcornu w 1967 roku, by zwiększyć rentowność kina. Nie mamy w zwyczaju kupowania 2 opakowań produktów np. dwóch popcornów bądź dwóch kubków coli. To dało możliwość zwiększenia rownież i ceny. Tak naprawdę popcorn, woda i syrop są tanie. Zwiększyły się jedynie opakowania, które nie stanowią dużego nakładu finansowego. Klienci pokochali większe opakowania, powstały rozmiary XXL a zyski rosły. Wkrótce i Mc Donalds wprowadził zmiany. W roku 1972 pojawiła się powiększona porcja frytek. Świat zmienił się na zawsze a klienci byli w niebo wzięci. Ludzie uznali, że płacą mniej niż za dwie i wychodzą na tym lepiej. To była prawdziwa żyła złota. Dołożenie kilku frytek kosztowało niewiele i stało się dobrym usprawiedliwieniem na podniesienie cen i wygenerowanie nowych zysków. W ich ślady poszły sieci barów i miejsca szybkiej obsługi. Wzrosła liczba słodkich i tłustych potraw. Nowy , wspaniały świat obfitości krył wiele zagrożeń a wpływ zmiany nawyków żywieniowych do dziś nie jest znany.

fat-mouse-skinny-mouse-obesity-longevity

Profesor Anthony Sclafani z City University of New York w roku 1974 badał zagadnienia apetytu. Na potrzeby swoich badań chciał przekarmić szczury. Jednak nie było to łatwe do momentu, gdy zaczęto podawać szczurom ludzkie jedzenie w postaci ciastek, czekolady i cukierków. Od razu zaczęły się przejadać. Z dnia na dzień odnotowywano przyrost masy ciała. Tyły wszystkie i codziennie a to dlatego, że szczurami kieruje ten sam instynkt co ludźmi. Spożywają wysokokaloryczne pokarmy w czasach obfitości, by przetrwać, kiedy jedzenia będzie mniej. Jesteśmy zaprogramowani biologicznie na wyszukiwanie jedzenia, które da nam dużo energii. To nadmiar cukru i tłuszczu sprawia, że trudno nam się oprzeć a jak wiemy, otacza nas niezdrowe jedzenie. Niektórzy mówią nawet o toksycznym środowisku żywieniowym.  Zachowanie szczurów miało powtórzyć się na zachowaniach ludzi.

Przemysł spożywczy dostrzegł w tym szansę na zyski. Okazało się bowiem, że najtrudniej oprzeć się produktom słodkim i tłustym. Na początku swojego istnienia na Wyspach, Mc Donalds utrzymywał cenę produktów na stałym poziomie. Ich oferta była na tyle korzystna, że  coraz częściej zaczęto jadać poza domem a zabranie rodziny na obiad nie kosztowało majątku.

Nacisk na powiększanie porcji rósł. W latach 80-tych najwięksi producenci opakowań w Stanach Zjednoczonych zaczęli zachęcać odbiorców swoich usług, do zwiększania porcji. W ich interesie leżało przekonanie restauratorów do zwiększenia porcji wskazując na zwiększenie zysków ze sprzedaży. Bary szybkiej obsługi oferowały swoim klientom nowy styl życia. Łatwy dostęp do taniego jedzenia.

Kiedyś, jedzenie na ulicy było niemile widziane. Dziś spotykamy ludzi, którzy w pociągu potrafią zjeść trzy daniowy obiad. Normy społeczne uległy diametralnej zmianie.

I tak wprowadzano masę nowych rozwiązań i nadal pracowano nad kolejnymi w pogoni na zyskiem. Gdy w Wielkiej Brytanii fast-food rósł  w siłę, w Stanach nastąpił moment stagnacji do momentu, aż Taco Bell wprowadził promocje wiązane. Ich tanie zestawy drastycznie wpływały na wzrost spożywanych kalorii. Zestawy to dla restauracji sposób na sprzedaż kilku produktów w korzystnej cenie. Przystawka, danie główne, deser i napój kosztują mniej, niż gdyby kupować je oddzielnie ale i tak skłaniają klienta do wydania większej sumy niż normalnie. Poza tym zestawy pozwoliły na szybszą obsługę klientów, którzy, przy pojedynczym menu, zbyt długo zastanawiali się nad wyborem, co zabierało czas, który przenosił się na spadek zysków i wydłużenie kolejek. Wydanie posiłku o 15 sekund szybciej przekładało się na 1% zysku dla firmy. Dziś, te 15 sekund oznaczałoby 290 mln funtów więcej. Sieci barów szybkiej obsługi triumfowały. Z drugiej strony, kupowanie zestawów było cichym przymusem zjedzenia wszystkiego, co się otrzymało. Nie zwykliśmy przecież wyrzucać jedzenia, zatem apetyt rósł. Gdyby nie promocja, kupilibyśmy dodatkową porcję frytek?

Zestawy okazały się prawdziwą żyłą złota. W ciągu 3 lat stanowiły już niemal 50% sprzedanych dań, a te były coraz większe.

W 1993 roku, w kinach, swoją świetność obchodził „Jurajski Park”. Mc Donald’s wykorzystał ten motyw i stworzył zestaw Dino  i wraz z nim rozmiar XXL. Promocja okazała się sukcesem i na stałe trafiła do zestawów menu na całym świecie barów.

Promocje to nic złego. Ludzie szukają oszczędności wszędzie, gdzie się da. Poza tym lubią oszczędzać. Konsumenci zaczęli jednak oszukiwać się, że jeśli teraz zjedzą więcej to potem będą mogli zjeść mniej. W porównaniu do porcji z lat 50-tych, dziś są one od dwóch do pięciu razy większe. W latach 90-tych dr Barbara Rolls z Penn State University zajęła się badaniami dotyczącymi wpływu porcji na otyłość. Okazało się, że im większa porcja, tym więcej jemy. Szczególnie w przypadku czekolady, z uwagi na swoją kaloryczność. Wysokoenergetyczne produkty mają wysoką liczbę kalorii. Spożywając duże ilość tego typu dań, tyjemy!

Ludzie przyzwyczajają się do konkretnych porcji, więc nasycając je kalorycznie sprawiamy, że przejadają się, nawet o tym nie wiedząc. Konsumenci atakowani są z dwóch stron – jedzą większe porcje, bardziej kalorycznego jedzenia. Skazani są na otyłość. Jednak konkurencja w branży sprawia, że dostajemy więcej za mniej i nie myślimy o ryzyku.

Spece od reklamy firmy Cadbury’s w swojej kampanii chcieli namówić mamy na kupowanie swoim dzieciom słodyczy, używając do tego hasła: „Jeden batonik wystarczy, by nagrodzić Twoje dziecko”. Zachęcali do jedzenia słodyczy o każdej porze dnia i wszędzie. Do tego stopnia, że słodycze trafiły do zestawów śniadaniowych w szkołach. Przekąski zaczęto postrzegać jako normalną część diety dzieci. Sprzedaż rosła. Tak jak waga przeciętnego dziecka. W połowie lat 90-tych ponad 10% dzieci było otyłych.

Profesor Philip James z International Association for Study on Obesity jako pierwszy sklasyfikował otyłość jako zagrożenie w latach 80-tych. Jest światowym ekspertem w tej dziedzinie. Odkrył, że dzieci w drodze z/do szkoły wydają przeszło 100 mln funtów rocznie na słodycze i napoje gazowane. Ich jadłospis był tragiczny. Apelował do rządu, by ten zwrócił uwagę na wpływ reklamy na dietę dzieci. Wówczas Federacja Producentów Żywności i Napojów (Food and Dirink Federation) zainteresowała się bardziej tematem i nalegała na spotkanie z prof. James’em, które odbyło się z przedstawicielami przemysłu spożywczego. Przez 4 godziny był przekonywany przez 14 prezesów brytyjskich firm, że nie ma sensu ograniczać reklam skierowanych do dzieci. To rodzice muszą czuwać nad ich dietą a producenci mają prawo reklamować swoje produkty. Jego raport nigdy nie został opublikowany. Utknął w Ministerstwie Zdrowia. Jedynie ograniczono emisję reklam niezdrowego jedzenia w trakcie emisji programów dla dzieci.

W 2003 roku Krajowy Inspektor Zdrowia w Wielkiej Brytanii ostrzegł, że grozi jej epidemia otyłości i wezwał producentów żywności do odpowiedzialnego zachowania. Parlamentarna komisja ds. zdrowia zarządziła śledztwo. Były poseł Partii Pacy, David Hinchliffe przewodził jej pracą. Pociągnięcie producentów do odpowiedzialności okazało się trudniejsze niż przypuszczał. Dużo czasu poświęcono rozmiarowi porcji jednak Mc Donald’s, Cadbury czy Pepsico UK  bronili swojego stanowiska i utrzymywali, że złe jedzenie nie  istnieje:

fat-and-thin-in-airline-seats1

„To rodzice odpowiadają za dietę swoich dzieci”

McDonald’s

„Niesłusznie zakładamy, że mowa o niezdrowym jedzeniu”

Pepsico UK

„Jako firma od lat promujemy zdrowy, aktywny tryb życia”

McDonald’s

Natomiast Komisja domagała się zmian, by chronić zdrowie publiczne. Chcieli położyć kres wielkim porcjom jednak pozostawili to w gestii branży. Branża spożywcza, która miała sama siebie nadzorować nie spieszyła się, by ograniczyć sprzedaż porcji XXL, które przynosiły największe zyski. Kilka firm stwierdziło, że Komisja patrzy w niewłaściwym kierunku, że wina nie leży po stronie producentów żywności. Sugerowano, że wzrost ilości ludzi otyłych wynika z braku aktywności fizycznej. Walczyli z ustawodawstwem wykorzystując znany argument, że ludzie za mało się ruszają.

Profesor Terry Wilkin, endokrynolog z Plymouth Hospital przeprowadził przełomowe badania. Dowiodły one, że brak aktywności fizycznej nie jest główną przyczyną otyłości dzieci. Jest dokładnie odwrotnie. Nadwaga, spowodowana nieprawidłową dietą zmniejsza aktywność fizyczną. Cukrzyca typu II była chorobą ludzi w średnim lub podeszłym wieku. W latach 90-tych Amerykanie diagnozowali dzieci chorujące na przypadłość, która 30 lat wcześniej była zarezerwowana dla dorosłych. Dzieci nie były mniej aktywne niż 30 lat temu jednak coraz częściej cierpiały na nadwagę. Okazało się, że zaczęły pochłaniać większą część produktów wysoko przetworzonych, z barów szybkiej obsługi i zaczęły jeść o wiele więcej niż wcześniej. Raport prof. Wilkina trafił do Ministerstwa Zdrowia jednak został zignorowany. W 2005 roku jego projekt utracił rządową dotację. Politykom łatwiej jest zająć się kwestią aktywności fizycznej jako przyczyną otyłości, bo można zrzucić winę na samych obywateli, którzy za mało się ruszają.

Branża spożywcza nie przestała reklamować swoich wielkich porcji tłustego i słodkiego jedzenia. W 2005 roku Brytyjczycy wydawali 8 mld funtów na niezdrowe przekąski oraz więcej na dania na wynos niż owoce i warzywa. Kolejne badania amerykańskich i brytyjskich naukowców wskazywały na rozmiar porcji jako przyczynę przejadania się. Dowodów przybywało więc producenci byli atakowani ze wszystkich stron by zakończyć kulturę przesady. Federacja Producentów Żywności i Napojów wydała manifest zachęcający do większej dbałości o zdrowie. Wycofano między innymi batony Mars i Snickers w rozmiarze XXL.

W pogoni za zyskiem restauracje, fabryki i sklepy wpędziły nas na równię pochyłą coraz większych porcji sprawiając, że jesteśmy coraz grubsi. Walka z otyłością amerykański rząd kosztuje niemal 150 mld dolarów rocznie. Rośnie presja na przemysł spożywczy, by poniósł część tych nakładów.

12168495_1031268753583976_1627018827_o

Dr Kelly Brownell to światowy ekspert w dziedzinie żywienia i apetytu. Uważa, że każda branża dąży do zwiększenia popytu na swoje produkty więc stara się, by były jak najatrakcyjniejsze dla konsumentów. Dlatego przemysł spożywczy musi zacząć ponosić odpowiedzialność, gdyż od wielu lat wiadomo, że produkuje żywność o wysokiej zawartości cukru, soli i tłuszczu. Manipulowanie tymi składnikami zwiększa atrakcyjność produktów a co za tym idzie ich spożycie. Branża musi wziąć odpowiedzialność za ten fakt. W 2009 roku prof. Brownell postulował o opodatkowanie słodzonych napojów, gdyż to ograniczyłoby ich spożycie a napoje słodzone są główną przyczyną otyłości. Producenci walczyli o swoje. Wydali niemal 40 mln dolarów nakłaniając polityków, by Ci głosowali przeciwko wprowadzania podatku na napoje gazowane. Bitwę częściowo wygrano w Danii i Francji, gdzie wprowadzono podatek na niezdrowe jedzenie i napoje. Jednak nadal w pozostałych częściach świata ogromne tłuste i słodkie potrawy wciąż widnieją w menu.

Zaczęło się od wiaderka z popcornem a skończyło się na epidemii otyłości. Historia dowodzi, że garstka ludzi sprawiła, że nabraliśmy apetytu na niezdrowe jedzenie, w coraz większych ilościach i coraz częściej.

O Autorze

Absolwentka Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, dietetyk kliniczny, publicysta prasowy i redaktor telewizyjny. Założycielka i liderka Klubu Medycyny Funkcjonalnej. Współtworzy Polską Akademię Zdrowia. Współpracuje z Polskim Towarzystwem Stwardnienia Rozsianego. Jest autorką wykładów i szkoleń poświęconych diagnostyce i leczeniu chorób przewlekłych. Tłumaczy badania medyczne. Prowadzi konsultacje żywieniowe i układa indywidualne plany leczenia funkcjonalnego. Jest autorką niezliczonych artykułów naukowych. Pisze dla magazynu E!STILO i prowadzi autorskiego bloga www.paleolifestyle.pl

Podobne Posty

6 komentarzy

  1. Rytmy Natury

    Najgorzej będzie jak pokolenie ówczesnych nastolatków będzie miało dzieci. Nie dość że sami wychowani na fast foodach to jeszcze ich dzieci będą miały podobnie.

    Odpowiedz
  2. Honia

    Nigdy nie myślałam, że i otyłość może mieć swoją historię… To brzmi jak dla mnie straszne. Jednak faktycznie jeden człowiek potrafi posunąć się do paskudnych rzeczy by dorobić się na drugim nawet kosztem zdrowia.

    Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany