Pod koniec roku 1799 poważna choroba dopadła jednego z najwybitniejszych postaci historycznych Stanów Zjednoczonych – Jerzego Waszyngtona. Wezwano wówczas jego lekarzy, najlepszych w kraju. Mieli różne sugestie co do przyczyny złego samopoczucia – brak równowagi humorów a nawet nadmiar morowego powietrza, którego mógł się nawdychać. Zastosowano standardową, w takich przypadkach terapię. Medycy nacięli żyłę i upuścili ponad 2 litry krwi. Mimo tego zabiegu, zmarł.

Przyczyną jego śmierci było zwykłe zakażenie. Pod koniec XVIII wieku, zarówno nędzarze jak i znakomite persony, mogli liczyć co najwyżej na pomoc szarlatanów. Jednak po drugiej stronie Atlantyku pojawiły się nowe pomysły, które powoli zaczęły otwierać średniowieczne, ciasne umysły.

Ludzie często umierali przez zakażenia czy, w przypadku rodzących – gorączkę połogową. W trakcie I wojny światowej zakażenia pochłonęły więcej ofiar niż wrogi ostrzał. Bakteria dżumy, choroby polegające na rozkładzie ciała w momencie, gdy organizm jeszcze żyje, w XIV wieku pochłonęła ¼ Europejczyków. Bakterie gruźlicy, zabijają powoli i bardzo skutecznie, tworząc sączące ropnie w płucach. Wśród jej ofiar warto wymienić chociażby Fryderyka Chopina. Zgorzel, to kolejny efekt zakażenia bakteriami znajdującymi się na brudnym pocisku, skalpelu czy w oddziale porodowym. Niektóre bakterie nie potrzebują ran. Cierpliwie czekają w naszych ciałach aż nasza obrona osłabnie. Tak zapewne było w przypadku Waszyngota jednak jego lekarze wyśmiali by tezę, że zabiły go mikroskopowe formy życia. Wierzyli w teorie wywodzące się ze starożytnej Grecji.

facebook-32x32  Dr Walter Sneader ze School of Pharmacy University of Strathclyde twierdzi, że ówczesne diagnozy mają swoje fundamenty w przekonaniu, że choroba jest wynikiem braku równowagi humorów. Gorączkę tłumaczyli nadmiarem cukru we krwi z uwagi na zaczerwienie twarzy. Co się zmieniło? Jak zaczęliśmy tropić i niszczyć naszych wrogów?

c2563e844d9ae59903656eb4c96b0864,989,0,0,0W połowie XIX wieku, dwóch europejskich naukowców rzuciło nowe światło na niewidzialny świat mikrobów, wywołujących nasze choroby. Stworzyli teorię zarazków. Francuski chemik, Ludwik Pasteur, oglądając pod mikroskopem skwaśniałe wino uznał, że winę za jego nie pijalność ponoszą kolonie drobnoustrojów. W latach 70 – tych XIX wieku, niemiecki lekarz, Robert Koch, poszedł dalej. Spróbował udowodnić, że bakterie są odpowiedzialne za choroby istot żywych. Z pomocą miejscowego rzeźnika pozyskał narządy zwierzęcia, którego zabił wąglik. Dość powszechna wówczas choroba owiec. Pobrał próbkę, nałożył na szkiełko i oglądał materiał pod mikroskopem. Zobaczył małe laseczki bakterii jednak musiał udowodnić, że to właśnie one zabiły zwierzę. Koch przeniósł bakterie z zakażonej śledziony do oczu, które były dobrą pożywką do ich namnażania. Kiedy udało mu się uzyskać śmiertelną dawkę, zaraził nią mysz i czekał. Mysz zmarła a wraz z nią zmarła teoria morowego powietrza, którą od stuleci błędnie uważano za przyczynę zakażeń. To nie powietrze zabiło tę mysz lecz bakterie.

Teoria zarazków była przełomem. Kiedy wrogie bakterie dostaną się do żywego organizmu szybko się mnożą i produkują toksyny oraz enzymy zatruwające otaczającą je tkankę. Jeśli organizm się nie obroni może umrzeć. Dr Druin Burch, autor książki „Taking the Medicine” twierdzi, iż Koch nie tylko odkrył, że to drobnoustroje wywołują choroby ale i dał nam wiarę, że medycyna nareszcie zaczyna sobie radzić z problemem, który przerastał ludzkość, od kiedy tylko pojawiła się na Ziemi. Do końca XIX wieku, Pasteur i Koch zidentyfikowali sprawców wielu groźnych chorób: wąglika, duru brzusznego, cholery i gruźlicy. Nadal jednak nie było leku, który skutecznie leczyłby zakażenia. Znaleziono go w nieoczekiwanym miejscu.

Na początku XX wieku wciąż szalały choroby kojarzone ze średniowieczem, na przykład kiła. Przez stulecia leczono ją rtęcią, która jednak, jako substancja wyjątkowo toksyczna, sama zabijała pacjentów. We Frankfurcie, Paul Ehrlich, niemiecki chemik i topmejt_wakacje2015-800x500_cbakteriolog, szukał bezpiecznego i skutecznego leku na tę chorobę. To było poważne wyzwanie, jednak Ehrlich był obsesjonatem. Mimo, że studiował medycynę większość swojego czasu spędzał w laboratorium zamiast w przychodni. Eksperymentował z barwnikami syntetycznymi. Pierwsze z nich wynaleziono w 1856 roku i szybko zyskały wielką popularność. Jego ulubionym był błękit metylenowy, który zapewnił mu miejsce wśród medycznych sław. Dokonał odkrycia, w którym wykazał, że barwniki pozwalają rozświetlać ukryty świat, którego bez nich nie można by obserwować nawet pod mikroskopem. Dzięki nim dostrzegliśmy procesy fizyczne. Poświęcił mnóstwo czasu na barwienie różnych tkanek biologicznych. Kiedy dodał krople błękitu metylenowego do tkanek zakażonych bakteriami zaobserwował, że zabarwiły się tylko bakterie. Często, do znalezienia danego mikroba wystarczał właściwy barwnik, dzięki któremu mogliśmy go dostrzec. Fakt selektywnego barwienia bakterii był niezwykłym odkryciem jednak prawdziwą rewolucją okazał się kolejny pomysł Ehrlicha. Dostrzegł, że niektóre związki są toksyczne i zaczął rozważać selektywną toksyczność. Chciał podawać chorym środki, które zabijają mikroby i jednocześnie nie zaszkodzą organizmowi. Określił je mianem „magicznych pocisków”. Szukamy ich po dziś dzień. Oczywiście jego działania spotkały się z dużym sceptycyzmem jednak on wierzył w zasadność swoich poszukiwań.

Na początku szukał leku na trypanosomiazę. Jego asystent natomiast, Sahachiro Hata, zainspirował go do wspólnych poszukiwań leku na kiłę. Końcowe stadium kiły to paraliż, szaleństwo i śmierć. Jedyna dostępna terapia, rtęć, powodowała utratę włosów, zębów a w końcu niszczyła układ nerwowy. Sądził, że skuteczny może być arsen, który miał unicestwiać tylko bakterię. Z racji, iż niemieccy chemicy dysponowali już setkami różnych jego związków, Hata zaczął testy.

Opracował on metodę zarażania królików kiłą. Niektóre zabijały bakterie i króliki, inne nie działały. Przetestowali w sumie 606 preparatów. Ten ostatni okazał się być tym, który zabijał bakterie i nie szkodził królikom. Był magicznym pociskiem. Salwarsan, tak go nazwano, potwierdził słuszność racji Ehrlicha. Można znaleźć właściwe związki jednak trzeba je metodycznie sprawdzać.

W latach 20 – tych XX wieku salwarsan był najpopularniejszym lekiem świata, szczególnie wśród mężczyzn jednak wciąż nie umiano kontrolować zakażeń będących wynikiem najmniejszych ran.

Dr Eric Sidebottom z University of Oxford w swoich pracach wskazuje na dużą śmiertelność ludzi w tamtym okresie, będącą wynikiem zakażeń tudzież, w przypadku rodzących, gorączki popołogowej. Oddziały zakaźne były pełne chorych i umierających. Jedyną metodą wali z zakażeniem było oczyszczanie ran, które miało zapobiec przedostaniu się ropy do krwiobiegu. Połowa pacjentów oddziałów zakaźnych nie opuszczała ich żywa. Miało się to zmienić dzięki odkryciu w 1928 roku bakteriobójczej pleśni, pędzlaka.

pobrane (1)W szkołach nauczają, że penicylinę odkrył Aleksander Fleming jednak to częściowa prawda. Był on bystrym Szkotem, który dostał stypendium szkoły medycznej St. Mary’s i osiągał tam sukcesy. Pozostał w tej szkole ze względu na swoje umiejętności…sportowe. Był cenionym członkiem drużyny strzeleckiej. Poza strzelaniem czas spędzał w laboratorium badając, występujące na skórze, bakterie gronkowca. W 1928 roku wyjechał na wakacje i po powrocie odkrył nieproszoną pleśń na pozostawionych kulturach bakterii.

Bakterie wykształcają przed podziałem nowe ściany komórkowe. Pleśń im jednak na to nie pozwala. Bakterie nie mogły się dzielić i pękały niczym balony. Fleming miał szczęście, gdyż pędzlaka zapewne przywiał wiatr z pobliskiego laboratorium badającego grzyby. Wbrew legendom nie wykorzystał jednak tego zbiegu okoliczności. Według dr Sidebottom’a nie zdawał sobie sprawy z wagi tego odkrycia. W pierwszej swojej pracy wspomniał o możliwości wstrzyknięcia pleśni w miejsce zakażenia jednak nie sprawdził tego w praktyce. Fleming był wnikliwym obserwatorem ale nie geniuszem, za którego się go uznaje. Nie pomógł też fakt, że był fatalnym mówcą i nie potrafił zarazić entuzjazmem. Najpotężniejsza pleśń bakteriobójcza w historii świata skryła się na wiele lat w mroku. Pozostawała tam do roku 1938 kiedy pędzlaka ponownie odkryli badacze z oxfordzkiej katedry patologii. Zmienili go w najlepszy lek ratunkowy w historii świata.

W trakcie I wojny światowej zakażenia pochłonęły więcej ofiar niż wrogi ostrzał. W Niemczech odkryto antybakteryjne działanie sulfamidów. W Oxfordzie powołano zespół, który miał opracować brytyjski środek bakteriobójczy. Członkowie zespołu, któremu przewodził Australijczyk, Howard Florey, natknęli się na artykuł Fleminga o pędzlaku. Obok niego stał Ernest Chain, Żyd uciekający przed nazistami i Norman Heatley, zapalony żeglarz z angielskiego Suffoolk. Chain studiował w Berlinie i był wysokiej klasy biochemikiem. Heatley był ekspertem od mikrotechnik produkującym urządzenia chociażby z drewna czy gumy.

W 1939 roku w Europie wybuchła wojna. Zespół Floriego znalazł się pod ogromną presją z uwagi na dużą umieralność Brytyjczyków. Problemem było hodowanie i oczyszczanie pędzlaka. Zespół Floriego zdołał pozyskać jego substancję aktywną i przetestować ją na bakteriach. Potrzebne były jeszcze testy na istocie żywej.

W maju, w 1940 roku przeprowadzono kluczowy eksperyment. 8 myszy dostało śmiertelna dawkę paciorkowca. 4 z nich dostały też zastrzyki z penicyliny. Okazało się, że ta grupa przetrwała. Pozostałe myszy zdechły. Nigdy wcześniej nie widziano tak skutecznego zabójcy zarazków, dającego tak mało efektów ubocznych. To był cud.

Produkcja pędzlaka w trakcie wojny na masową skalę, w dodatku z ograniczonym budżetem była koszmarem. Dopiero w lutym, w 1941 roku wyhodowano odpowiednią ilość pędzlaka by pomóc pierwszemu pacjentowi. Był nim Albert Alexander, 43-letni policjant zadrapany kolcem róży. W ranę wdało się zakażenie. Penicylina była jego jedyną nadzieją. Mimo znacznej poprawy stanu zdrowia, zmarł. Miesiąc po rozpoczęciu kuracji. Okazało się, że ilość penicyliny była niewystarczająca by móc go uratować.

Trwała wojna i naukowcy obawiali się, by penicylina nie trafiła w ręce Niemców, gdyż z przeprowadzonych dotychczas badań okazała się być cudownym środkiem, na który czekał cały kraj. Wielka Brytania była zagrożona atakiem. Naukowcy byli gotowi zniszczyć efekty swoich prac. Na wszelki wypadek rozsmarowali zarodniki pleśni po wewnętrznych stronach płaszczy na wypadek, gdyby musieli uciekać z Oxfordu. Wówczas zabraliby je ze sobą i mogliby, w późniejszym czasie wznowić prace. To pokazuje, jaką wagę przywiązywali do swoich działań.

Florey rozumiał potrzebę zwiększenia produkcji jednak nie mógł przekonać do tego brytyjskiego przemysłu farmaceutycznego, który koncentrował się na innych zleceniach wojennych. W końcu wyjechał do Stanów Zjednoczonych z pędzlakiem w walizce. Z pomocą Uniwersytetu Rockefellera można było wznowić produkcję jednak należało znaleźć coś, w czym pleśń bardzo dobrze się rozwija, odkryć jej silniejsze odmiany i usprawnić proces produkcji. Pomocny okazał się syrop kukurydziany, słodki i lepki, idealny do rozwoju pleśni jednak to było za mało. Odpowiedzi szukano na całym świecie. Wojskowe transportowce przywoziły próbki pleśni z odległych zakątków świata. Badano je, poddawano testom jednak żadna z nich nie była silniejsza. Przyszedł czas, że Mary Hunt, pracownica Departamentu Rolnictwa trafiła na spleśniałego melona, która to pleśń okazała się niebywałym źródłem penicyliny. Przez pewien czas to właśnie z niej pozyskiwano penicylinę. Była ona drugim najważniejszym projektem badawczym armii amerykańskiej, zaraz po broni jądrowej.

1397661990W roku 1943 niska wydajność procesu produkcji nadal ograniczała dostęp do tego cudownego leku.Pleśń była hodowana w butelkach, w dodatku na jednej warstwie. Wówczas na rynek wkroczyła niewielka firma chemiczna „Pfizer”, dziś producent Viagry. W tamtych czasach produkowała kwas cytrynowy do napojów gazowanych i opracowała metodę hodowli pędzlaka również pod powierzchnią cieczy, na której go hodowano, poprzez jej natlenowanie. Połączono syrop kukurydziany z pleśnią  melona i włączono dopływ tlenu. Efekt był spektakularny a wydajność przekroczyła pięciokrotnie wstępne założenia. W 1944 roku wojsko miało wystarczającą ilość penicyliny dla każdego żołnierza. Jej wynalezienie znacząco wpłynęło na przebieg II wojny światowej. Praktycznie wyeliminowano długą hospitalizację żołnierzy w związku z zakażonymi ranami. Ranni wracali na front w ciągu paru tygodni tudzież byli ratowani przed śmiercią. Wszystko zaczęło się od Fleminga, jednak kto wie, czy bez Florey’a i jego oksfordzkiego zespołu kiedykolwiek przerobiono by pędzlaka na skuteczny lek. Ich praca zmieniła postrzeganie leczenia chorób zakaźnych.

Penicylina zwiastowała nadejście ery antybiotyków. Wkrótce opracowano kolejne leki na wcześniej nieuleczalne choroby, zmieniając śmiertelne zagrożenia w przejściowe schorzenia. Przed antybiotykami i penicyliną młody, zdrowy człowiek mógł umrzeć w wyniku przeziębienia. Po raz pierwszy w dziejach wydawało się, że mamy przewagę nad zarazkami. Walka z bakteriami to jednak tylko jeden element naszego starcia z zakażeniem. Nawet najlepsze antybiotyki nic nie poradzą na wirusy, które pod wieloma względami są groźniejsze od bakterii.

O Autorze

Absolwentka Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, dietetyk kliniczny, publicysta prasowy i redaktor telewizyjny. Założycielka i liderka Klubu Medycyny Funkcjonalnej. Współtworzy Polską Akademię Zdrowia. Współpracuje z Polskim Towarzystwem Stwardnienia Rozsianego. Jest autorką wykładów i szkoleń poświęconych diagnostyce i leczeniu chorób przewlekłych. Tłumaczy badania medyczne. Prowadzi konsultacje żywieniowe i układa indywidualne plany leczenia funkcjonalnego. Jest autorką niezliczonych artykułów naukowych. Pisze dla magazynu E!STILO i prowadzi autorskiego bloga www.paleolifestyle.pl

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany